♦ prolog ♦

      Zostałam odepchnięta po raz kolejny przez grupkę bawiących się dzieciaków. Upadłam na ziemię, czując jak zaczynają piec mnie policzki z gniewu. Moja twarz momentalnie zrobiła się czerwona. Zawsze tak się działo, gdy byłam mocno zdenerwowana. Podniosłam się, zaciskając mocno pięści, po czym ponownie usiłowałam dostać się do moich rówieśników. Ktoś jednak dźgnął mnie łokciem.
       — Też chcę się z wami bawić! — oburzyłam się, szarpiąc jednego z chłopców za koszulę na plecach. Zerknął na mnie przez ramię, a na jego twarzy pojawił się wyraz niezadowolenia. Szarpnął się, prychając cicho. Poczułam na sobie wzrok ich wszystkich. Znów gapili się na mnie w ten sposób. Jakbym była małą, zagubioną owieczką, a oni stadem wygłodniałych wilków.
       — Nie możesz — odparł, na co reszta tylko potaknęła głową.
       — Dlaczego?! — rzuciłam gniewnie. Wskazał na mnie palcem, a konkretnie na moją twarz.
       — Twoje oczy — powiedział beznamiętnie, po czym odwrócił się, ignorując mnie.
       Nie lubiłam ich! Zirytowana, oddaliłam się od nich, czując rosnący gniew. Nie chcieli mieć ze mną nic do czynienia ze względu na moje oczy. Tęczówki każdego człowieka były zielone, a moje z jakiegoś dziwnego powodu były zupełnie inne. Jedno zielone, drugie niebieskie. Nie wiedziałam dlaczego tak wyglądam, a z resztą, nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Wszyscy w mojej rodzinie mięli normalne oczy, więc czy ja też nie powinnam?
      Słyszałam cichy chichot moich rówieśników. Wiedziałam co chcą zrobić. Słyszałam jak rozmawiali, dlatego pragnęłam do nich dołączyć.
      A05 było miejscem, w którym mieszkaliśmy my. Zwykli ludzie, poddani. Cały przedział otaczały wysokie mury. Nie wiedziałam co do końca odgradzały, a nikt z dorosłych nie chciał mi tego powiedzieć. Ale ja nie byłam już małym dzieckiem. Skończyłam dziesięć lat, rozumiałam dużo rzeczy. A05 było odseparowaną częścią królestwa. Nie wierzyłam w istnienie króla, lub kogoś takiego. Mimo wszystko raz w tygodniu brama będąca jedynym wyjściem z przedziału otwierała się, wypuszczając wóz pełny pszenicy, która rosła tutaj jak szalona. A05 opuszczały jednak same wozy, bez ludzi. Nam nie można było wyjść poza mur.
       Słyszałam rozmowę moich rówieśników. Chcieli dostać się na wóz i zobaczyć jak jest na zewnątrz. Byli głupi, bo ten pomysł nie miał prawa się udać, mimo wszystko moje serce biło szybciej w piersi i czułam rosnącą ekscytację na samą myśl o czymś takim. Czy kiedykolwiek wejdę do królestwa? Dlaczego nie mogę zrobić tego teraz?
      Niebo nad moją głową było brzydkie i szare. Zrobiło się zimno i podejrzewałam, że niebawem lunie deszcz. Nie zniechęciło to mnie jednak i bez wahania ruszyłam za dzieciakami, które jeszcze przed chwilą zabroniły mi się z nimi bawić. Mogłam ich śledzić, ukrywając się. Na pewno szli w stronę bramy. Poczekają aż wóz się zatrzyma, a wtedy się do niego wślizgną. Myśleli, że są cwani? Na pewno im się nie uda. Z przyjemnością będę patrzyła na to jak ich nakrywają, a potem dostaną lanie, bo to co usiłują jest absurdalne.
      Ukryłam się za wysokim krzakiem, czując jak serce galopuje mi w piersi. Gdyby to było takie proste jak się wydawało, wszyscy już dawno wyszliby poza mury. Wiedziałam, że będę miała kłopoty jeśli ktokolwiek dowie się, że tu jestem. Dlatego starałam się być najciszej jak się da. Jasne, że chciałam w końcu zobaczyć jak jest na zewnątrz, ale czy to w ogóle było możliwe?
      Chłopcy ukryli się za krzakiem rosnącym naprzeciw mnie. Wozy przejeżdżały tędy zawsze o tej samej godzinie. Nigdy tak blisko nie podchodziłam do bramy, ponieważ się bałam. Dorośli straszyli, że w okolicy znajdują się dzikie zwierzęta i mimo, że wiedziałam, że to kłamstwo, nie ośmieliłam się nigdy przyjść tu sama. Teraz jednak było inaczej. Byłam tu. Stałam tak blisko. Potężna brama znajdowała się przede mną, strzegąc tajemnicy.
      Wszyscy zanurkowaliśmy głębiej w krzaki, słysząc odgłos koni. Nagłe podniecenie i rosnąca z każdą chwilą ekscytacja wyparła zdrowy rozsądek. Wyjrzałam zza gałązek, widząc jak woźnica zatrzymuje konie. Wysiadł z wozu, podchodząc do bramy. Uderzył w nią pięścią. Ten głuchy dźwięk roznosił się w mojej głowie jeszcze długo po ucichnięciu. Obserwowałam z rumianymi policzkami jak z krzaka obok zostaje wypchnięty chłopak. Nie znałam go za dobrze. Był starszy ode mnie i wiele razy ze swoimi przyjaciółmi dawał mi do zrozumienia, że mnie nie lubi. Wiedziałam tylko, że nazywa się Tully.
      Tully wyglądał na przestraszonego. Uśmiechnęłam się szeroko, czując satysfakcję. Wiedziałam, że będzie się bał! Patrzyłam jak podbiega od tyłu do wozu i mocuje się z workami pszenicy. Brama otworzyła się, a wtedy ujrzałam tylko dwóch mężczyzn w dziwnych uniformach. Wyglądali groźnie. Byli strażnikami? Z zewnątrz? Przez chwilę rozmawiali z woźnicą, który pokazywał im jakieś papiery. Tully przez ten czas rozkopał worki, ukrywając się między nimi. Naprawdę to zrobił! Przysunęłam się bliżej, czując jak serce mi trzepocze w piersi. Czy jak wróci, opowie mi jak jest po drugiej stronie? Pewnie nie będzie chciał ze mną gadać i opowie wszystko tylko swoim kolegom.
       Gdy wóz ruszył, nie mogłam w to uwierzyć! Chłopaki siedzący w krzakach wyglądali na podnieconych. Ich głupi plan naprawdę się udał. Nie mogłam w to uwierzyć. Zaczekałam aż brama zamknie się z hukiem i dopiero wtedy opuściłam kryjówkę.
      — Po co tu przylazłaś? — usłyszałam od razu. Moje oczy były wielki jak spodki. Znów popatrzyłam na mur, a potem na nich.
       — Chciałam zobaczyć jak jest po drugiej stronie — odparłam, krzyżując ramiona na piersi.
       — Nigdy nie zobaczysz. Tully nic ci nie powie!
       Tupnęłam nogą, czując rosnący gniew. Też byłam ciekawa! Nikt nie chciał nigdy rozmawiać na temat królestwa. Mury musiały nas przed czymś chronić. Chodziło o to, że świat jest niebezpieczny? A może po prostu był taki malutki?
       — W takim razie... — urwałam, zaciskając mocno pięści. — Sama tam pójdę! Jesteście tchórzami! Potraficie tylko się chować! Wypchnęliście Tully'ego, a sami się boicie! — rzuciłam gniewnie. Chłopiec imieniem Chenyenne złapał mnie za ramiona, chcąc mnie odepchnąć, ale się mocno zaparłam, nie pozwalając mu na to. — Trzy na jedną? — syknęłam, łapiąc go mocno za koszulę i nie puszczając. Zaczęliśmy się szarpać, puki do naszych uszu nie dobiegł wrzask.
      Zamarliśmy, odwracając wolno głowy w stronę muru. Po drugiej stronie ptaki wzbiły się w powietrze. Ten dźwięk... Był wysoki i trwał dosłownie sekundę. Urwał się tak gwałtownie. Cała nasza czwórka rozejrzała się uważnie, ale niczego nie zauważyła. Nic nie wskazywało też na to, by brama miała się ponownie otworzyć. Po prostu to zignorowaliśmy. Chenyenne podwinął rękawy i wskazał na mnie palcem.
      — Słuchaj Lily...
     Coś spadło tuż między nas. Odskoczyliśmy ze strachem do tyłu. Na początku pomyślałam, że to jakaś kłoda, ale dlaczego miałaby spaść tak nagle z nieba? Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to nie jest żaden kawałek drewna, a chłopiec. Chłopiec z jasnymi włosami, które w tej chwili zlepione były krwią. Tully...
       Usiadłam prędko, tłumiąc dłonią krzyk. Chenyenne zrobił się blady na twarzy. Byłam pewna, że będzie wymiotował. W uszach mi szumiało, a serce wybijało szaleńczy rytm. Tully spadł z muru? Ale jak to możliwe? Nie zdołałby na niego wejść. Czy to znaczyło, że... Uniosłam wzrok, orientując się, że na murze ktoś stoi. Nie mogłam dostrzec kto, gdyż znajdował się za wysoko. Byłam jednak pewna, że to ta osoba zrzuciła Tully'ego! Musiała też go zaatakować!
       — Tully! Tully, wstań! — szarpnęłam nim, ale on nie zareagował. Popatrzyłam na swoje czerwone od krwi dłonie, czując jak gula zapycha mi gardło.
       — Zostaw go! Wiej! Brama się otwiera!
       Dźwignęłam się, ale zrobiłam to za późno. Ujrzałam mężczyznę, którego wieku nie potrafiłam określić. Miał podobne ubranie do strażników, więc pomyślałam, że jest jednym z nich. Czy to on zabił Tully'ego? Zrzucił z muru jego ciało? Naprawdę chciałam uciekać, ale wtedy podszedł bliżej. Bałam się, że skrzywdzi i mnie, ale on przykucnął przed ciałem Tully'ego i go podniósł. Nie czekałam już na nic dłużej. Odwróciłam się, biegnąc ile sił w nogach.
      Jego oczy nie były zielone... Były inne, tak samo jak moje. Błękitne. Jak niebo. On był inny, tak samo jak ja...

      Wchodząc do domu, nigdy nie zachowywałam się tak cicho jak teraz. Byłam przestraszona i serce wciąż galopowało mi w piersi jak szalone. Brudne od krwi ręce wytarłam o spodnie, mając nadzieję, że mój tata tego nie zauważy. Wciąż na mojej twarzy nie zagościły kolory. Chwiejnym krokiem weszłam do środka, zamykając za sobą skrzypiące drzwi.
      — Lily przyszła! — usłyszałam głos swojego brata Charlesa. Gdy stanął przede mną, poczułam jak po moim kręgosłupie przechodzi nieprzyjemny dreszcz. Parzyłam na niego tępo, nawet nie mrugając. Był w wieku Tully'ego. Czasami się spotykali, bo mieszkaliśmy całkiem blisko. Ale teraz ulegnie to zmianie. Ten strażnik zabrał ze sobą jego ciało.
      — Muszę iść do pokoju — powiedziałam cicho, mijając go. Nie miałam na nic siły. Wiedziałam, że to do mnie nie podobne, ale nie byłam w stanie normalnie się zachowywać.
       — Tato! Lily dziwnie się zachowuje! — Charles krzyknął wgłąb pokoju. Miałam nadzieję, że uda mi się zakopać pod kołdrą i uniknąć wszystkich, ale mój brat wszystko zniszczył. Na widok taty, ukryłam dłonie za plecami. Spuściłam prędko wzrok, czując jak ciągnie mnie lekko za ucho. Ciągle dostawałam od niego kary.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

manga project part...