manga project part...

      — Co ty wyprawiasz? Zaczekaj! — krzyknęłam, podążając za nim. Ignorował mnie. Chyba nie myślał, że będę za nim biegała po tym murze! Wbiegłam za nim po schodach, uważając, by się nie potknąć. Upadek z tak wysoka nie skończyłby się niczym dobrym. — Chcę wyjaśnień! — zawołałam. W końcu odwrócił się w moją stronę. Jego błękitne oczy przepełnione były chłodem i obojętnością. Aż dostałam nieprzyjemnych dreszczy, gdy tak na mnie patrzył.
      — Wyjaśnienia? — powtórzył, przekrzywiając lekko głowę w bok. Musiał się schylić, bo był ode mnie o wiele wyższy. — Dlaczego niby twierdzisz, że miałbym ci coś wyjaśniać? — spytał. Zarumieniłam się, zaciskając mocno pięści. Czy chciał zrobić ze mnie głupka? A może to on był idiotą? Chyba nie był ślepy i widział moje oczy. Pierwszy raz widziałam kogoś takiego jak ja. Kogoś, kogo oczy nie były zielone. Nie mogłam tego zignorować.
       — Nasze oczy... Zawsze myślałam, że jestem jedyna, ale wtedy spotkałam ciebie... Od tamtego czasu ciebie szukałam i tak sobie pomyślałam, że skoro nie jestem już sama...
        Roześmiał się, jakbym powiedziała coś śmiesznego, co bardzo mnie zirytowało, bo w tej chwili byłam bardzo poważna. Złapał się pod boki, prostując. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmieszek. Zastanawiałam się ile może mieć lat. Zdawałam sobie sprawę, że jest starszy, ale gdy tak teraz patrzył na mnie rozbawiony, wyglądał na dużo młodszego.
        — Co cię śmieszy! — rzuciłam z irytacją. Znów lekko się pochylił.
        — Twoje głupie rozumowanie — przyznał, co uraziło mnie jeszcze bardziej. — Szukałaś mnie? Byłem cały czas tutaj. Zajęło ci to dużo czasu.
        Nie miałam pojęcia, że mury do czegoś służą. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jest to forteca. Nigdy nie miałam możliwości na spojrzenie na nie od drugiej strony. Wszędzie znajdowały się schody, strome, wąskie i bez żadnych poręczy. Czy mógł tu mieszkać? Wewnątrz murów?
         — Chcę tylko byś mi pomógł... Pierwszy raz spotykam kogoś takiego jak ja...
         — Mylisz się — odparł tylko tyle, po czym ruszył przed siebie. Bez trudu pokonywał niebezpieczne stopnie, a ja nie mogłam za nim nadążyć. Zeskoczył ze schodów na długą wydłużoną część murów i teraz szedł przed siebie.
          — Czekaj! — zawołałam, ale mnie zignorował. — Jesteś strażnikiem? Ukrywasz się tu ze względu na twoje oczy? Dlaczego tak wyglądają? Jesteśmy nienormalni, prawda? — spytałam, biegnąc za nim. Zatrzymał się gwałtownie, więc na niego wpadłam. Gdy się odwrócił, trudno mi było wyczytać emocje wymalowane na jego twarzy.
          — Nie — odparł cicho. Ton jego głosu sprawił, ze dostałam ciarki. — Tylko ty jesteś nienormalna.
           — Co?
          Ruszył przed siebie, jak gdyby nigdy nic. Niewychowany gbur! Otrząsnęłam się i pognałam za nim. Znów wspiął się po schodach, na wyższe piętro. Domyśliłam się, że chce mnie zgubić albo nawet sprawić, bym spadła. Nie mogłam do tego dopuścić. Wciąż istniały pytania, na które nie znałam odpowiedzi, a z jakiegoś powodu czułam, że on może mi pomóc.
         Objęłam mocno swoje ramiona, dygocząc z zimna. Teraz zrozumiałam do czego służy jego strój. Nosił płaszcz, długie buty do kolan i rękawiczki bez palców na dłoniach. Zapewne to wszystko chroniło go przed chłodem.
         — Dlaczego uciekasz? Powinniśmy trzymać się razem, pomagać sobie i...
         Zatrzymałam się, czując jak usta otwierają mi się szeroko. Strażnicy... Stali na murze, patrzyli na mnie. W pierwszej chwili chciałam uciec, ale całkowicie o tym zapomniałam. Oni byli odmieńcami, tak jak ja. Przyjrzałam im się po kolei. Było ich czterech. Każdy z nich miał inne oczy. Czarne, złote, brązowe i szare. Strażnik z niebieskimi stanął przede mną, wyraźnie zirytowany. Na jego czole pojawiła się pulsująca żyłka. Nie był zadowolony z tego, że tu jestem. Był wściekły.
        Chciałam załagodzić sytuację, wyjaśnić, że nie mam zamiaru ich zdradzić, że sama jestem inna i ich doskonale zrozumiem, ale ledwo co otworzyłam usta, a pochwycił mnie za kołnierz i szarpnął. Moje nogi zawisły nad przepaścią. W pierwszej chwili poczułam strach, bo byłam pewna, że mnie puści, a wtedy się zabiję, ale wtedy pojawiła się też determinacja. Nie mogłam zginąć w tak głupi sposób. Chwyciłam jego nadgarstek, będąc pod ogromnym wrażeniem tego, że jest w stanie utrzymać mnie jedną ręką, na dodatek stojąc tak blisko krawędzi. Musiał zorientować się o co mi chodzi, bo odchylił na bok płaszcz z lekkim uśmiechem na twarzy. Ujrzałam linkę biegnącą od jego paska, aż do muru. Czy był zabezpieczony cały czas? A ja jak gdyby nigdy nic biegałam za nim i wspinałam się po wąskich schodach? Krew odpłynęła mi z twarzy. Z trudem przełknęłam niewidzialną gulę, która stanęła mi w gardle.
        — Zostaw... Mnie... — jęknęłam, poruszając nogami, w nadziei, że może sięgnę muru. Nic z tego. Sporo mi brakowało.
        — Wedle życzenia — oznajmił, a wtedy jego uścisk zelżał. Pisnęłam, zakrywając twarz dłońmi, ale wtedy zorientowałam się, że mnie nie wypuścił. Miał zamiar długo tak ze mną pogrywać?
        — Kim ty jesteś, co? Głupim strażnikiem? Chcę rozmawiać z waszym dowódcą! Powiem mu wszystko, jakich okropnych ludzi tutaj trzyma! — rzuciłam z irytacją.
        Wiatr powiał gwałtownie, odpychając do tyłu jego płaszcz. W moje oczy rzuciło się coś błyszczącego na jego piersi. Odznaczenia... Nie znałam się na tym wszystkim, ale domyślałam się, że byle kto ich nie dostaje. Przełknęłam głośno ślinę.
          — T-ty jesteś dowódcą. A niech mnie — wydusiłam z siebie. Kąciki jego ust drgnęły. Tak nagle zakręciło mi się w głowie. Skoro miał wysoką rangę, mógł zrobić ze mną co chce. Niepotrzebnie mu się naraziłam.
         — J.C.A! — usłyszałam. Jeden ze strażników podszedł do niego i położył dłoń na jego ramieniu. — W porządku, postaw ją — oznajmił. Miał szare oczy i całkiem sympatyczną twarz. Serce dudniło mi w piersi jak szalone. W końcu jednak moje stopy dotknęły muru. Nogi miałam jak z waty, więc szybko ukucnęłam.
        — Kto to jest? — usłyszałam kolejny głos.
      Nie powinno mnie tu być. Wiedziałam, że właśnie wpadłam w głębokie bagno i że nie wydostanę się z niego tak łatwo. Istniało zbyt wiele pytań, na które musiałam znać odpowiedzi. Do czego tak naprawdę służyły mury? Czego strzegli strażnicy? No i oczy. Czy naprawdę istniało więcej odmieńców? Moje serce biło jak szalone. Musiałam się tego dowiedzieć za wszelką cenę!
         — To nikt taki — powiedział cicho strażnik-dowódca, za którym tu przyszłam. Skrzyżował ramiona na piersi, wyraźnie zirytowany moją obecnością tutaj.
          — Jej oczy...
          — Wiem — syknął, zaciskając mocno pięści. Po jego szyi wspięła się żyła. Nienawidził mnie? Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze postąpiłam, idąc za nim. Ale z drugiej strony, mogłam się dowiedzieć więcej na swój temat i naprawdę wierzyłam w to, że może mi pomóc.
          Objęłam swoje ramiona, robiąc niewielki krok do przodu.
           — Jesteście tacy sami jak ja, no i...
           — Co? — jeden ze strażników, dosyć niski, z ciemnymi włosami i czarnymi oczami oraz niespotykaną urodą spojrzał na mnie jak na wariatkę. Wyglądał na rozbawionego. Przechylił lekko głowę w bok. Nie mogłam dać się im sprowokować, więc szybko się otrząsnęłam.
           — Skoro wszyscy jesteśmy odmieńcami... — podjęłam niepewnie, czując rosnący ucisk w piersi. Jego reakcja mnie zaskoczyła. Zaśmiał się! Czy to znaczyło, że ja go śmieszę? Jego oczy zamieniły się w dwie czarne kreski. Oparł się o swojego złotookiego kolegę, przewieszając rękę przez jego ramię.
            — Tylko ty jesteś odmieńcem — powiedział z szerokim uśmiechem, wskazując na mnie palcem. Był tak samo niemiły jak dowódca, który powiedział mi dokładnie to samo.
             — Tomoyasu, lepiej nie... — strażnik ze złotymi oczami, na którym się opierał usiłował zakryć mu usta. Wyglądało na to, że ma w sobie więcej taktu. Tomoyasu posłał mu gniewne spojrzenie, od którego aż ciarki przebiegły mi po plecach.
             — Thomas! Już mówiłem — rzucił gniewnie, wyraźnie sfrustrowany tym, jak nazwał go kolega. Chciałam zrobić krok w tył, ale wtedy uderzyłam w J.C.A, którego spojrzenie wypalało mu dziurę w głowie. Czułam się bezbronna, otoczona przez nich wszystkich. Może popełniłam błąd? Mogłam żyć spokojnie z ojcem i bratem, bez świadomości, że po murach chodzą ludzie. Zapragnęłam desperacko by to wszystko okazało się być tylko złym snem, z którego zaraz się wybudzę i który nie zapadnie długo w mojej pamięci.
           — Dlaczego ją tu przyprowadziłeś? — Tomoyasu-Thomas pokonał dystans między nami, zatrzymując się tuż przede mną. Poczułam się jak w klatce, bo mimo że nie należał do wysokich, przytłaczał mnie swoją osobą, tym bardziej, że za mną stał tak samo naburmuszony J.C.A.
          — Nie przyprowadzałem jej, sama przyszła — powiedział sucho. Doszłam do wniosku, że jestem w tej chwili niewidzialnym murem, przez którego rozmawiają. Chyba nawet nie zwracali uwagę na to, że wszystko słyszę.
            — Ludzie z dołu są kłopotliwi, na dodatek ona jest dziwakiem — ciągnął dalej, co sprawiło, że niewidzialna gula zapchała moje gardło. Wiele razy słyszałam jak rówieśnicy mnie tak nazywają i za każdym razem bardzo mnie to bolało.
             — Ciągle zapominasz zwracać się do mnie z szacunkiem. Co, To-mo-ya-su? — spytał z chytrym uśmieszkiem. 
              — Przestań! — syknął, zakrywając szczelnie uszy. Cofnęłam się, bojąc jego reakcji. — Jestem Thomas, już mówiłem! Nie nazywaj mnie tak!
               Nie chciałam stać między nimi podczas ich kłótni, dlatego odsunęłam się na bok. Byłam pewna, że pewnie nawet nie zauważyliby gdybym sobie stąd poszła i nawet zamierzałam tak uczynić, ale w tej samej chwili potężny podmuch lodowatego wiatru sprawił, że musiałam szybko przykucnąć. Uniosłam wzrok, orientując się, że nie robi to na nich wrażenia. Stali wciąż w tym samym miejscu, nawet nie drgnęli. Tylko ich płaszcze falowały. Nie podobało mi się tu. Nie miałam zabezpieczenia ta jak oni, a upadek z tak wysoka groził śmiercią. Na dodatek moje ubranie nie chroniło mnie nawet przed chłodem.
              — Powinniśmy na spokojnie porozmawiać, prawda generale? — poczułam jak ktoś narzuca coś na moje ramiona. Był to strażnik z sympatyczną twarzą i szarymi oczami. Pochylił się nade mną, zakładając mi swój płaszcz. Otuliłam się nim szybko, patrząc jak J.C.A zerka w jego stronę.
              — W porządku — mruknął.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

♦ prolog ♦